HomeCo napisałemProza“Białorusinka” Marty Pińskiej

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

“… a po koncercie piliśmy kiepskie białoruskie piwo, w bufecie domu oficerów. Dom oficerów – to brzmi tak absurdalnie jak te wszystkie nazwy ulic: rewolucyjna, komunistyczna, proletariacka…. Albo… od ulice noszące nazwiska jakichś sowieckich bohaterów. Paradoks? Chyba tak, bo przecież ludzie chodzący dzisiaj po ulicy komunistycznej nie chcą mieć nic wspólnego z komunizmem, włącznie z właścicielem drogiej knajpy, który codziennie rano budzi się z koszmarnym snem jak mu odbierają wszystko czego się przez kilka ostatnich lat dorobił. A w domu oficerów chłopcy z NRM czy grupy “Nowe Niebo” śpiewają o śmiesznym dyrektorze kołchozu, u którego na biurku w gabinecie stoi globus. Dyrektor w chwilach depresji, przed napisaniem kolejnego podania do ministra, o dotację, po nieudanych zbiorach, pociesza się spoglądając na wielki Związek Sowiecki, który należy szybko wskrzesić a od razu poprawią się plony i życie stanie się lepsze.

Kasia Kamocka śpiewa o dwóch polskich szpionach , których imiona bolek i lolek a Wiktor Szałkiewicz o chamskiej władzy, co wdziała szlacheckie kontusze a słoma jej z butów wyłazi.

Młodzież przed estradą szaleje wymachując narodowymi flagami rozmiarów chusteczki do nosa lub płonącymi zapalniczkami jak u nas dziesięć lat temu na koncertach “Perfektu” czy “Republika”. Podnoszą przy tym palce w kształcie litery V i wrzeszczą “Zywie Biełaruś”.

Republika Marzeń w białoruskim wydaniu to Narodna Republika Mroja – dosłownie. Ale kiedy oglądam młodych chłopców z zapałem upijających się przy bufecie nie tracę optymizmu.

Przypomniałam sobie jak kilka miesięcy temu znajomi podarowali mi bilety na koncert rosyjskiej grupy “Maszina Wriemieni”. Pół Mińska przyszło słuchać “dinozaurów”. NIe zachwyciło mnie to w ogóle. Rosyjski blues ze słowami jak w piosenkach Andrzeja i Elizy czy grupy “Pod budą” zawsze jakaś pointa i poetyczny krajobraz pełen melancholijnego spokoju. Moi znajomi wytłumaczyli mi, że ta muzyka na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych była jak łyk świeżego powietrza. No, tak – trochę w tym Boba Dylana, przyznaję. Ale żeby szaleć z zachwytu… Nie potrafiłam się przekonać. Wtedy właśnie zachwyciło mnie tylko jedno, że młodzi ludzie zbici pod sceną zachowują się tak jak u nas.

Inna rzecz, że żadnej w tym polityki chociaż jakaś tam demonstracja anty-sowieckiej popkultury.

Tu gdy grają białoruskie kapele mniejsza ilość młodzieży, ale za to więcej dynamiki i manifestacji.

Po koncercie stanęłam blisko niej przy barze i gdyby nie muzyk z zespołu, który zaoferował nam obu kasety może nigdy nie zaczęłybyśmy rozmawiać. Opowiadała mi o NRM jako o buncie młodszego pokolenia na Białorusi, przeciw rosyjskiej pop-kulturze, przeciw bolszewickim schematom w życiu codziennym, przeciw beznadziei. W ich piosenkach na koncercie nie mogłam wyłowić i zrozumieć poszczególnych słów, dlatego postanowiłam kupić kasetę i przesłuchać w domu. Podałyśmy sobie rękę na pożegnanie i ja pobiegłam do znajomych. Ona zniknęła za chwilę w tłumie przy wyjściu.

Całość książki do nabycia w Fundacji “Villa Sokrates”, kontakt poprzez stronę: www.czasopis.pl lub po przesłaniu zamówienia z danymi w folderze poniżej (cena promocyjna 15 PLN)

Comments are closed.